sobota, 27 lutego 2021

Zbrodnia

Wyłączyć radio,

wyrzucić telewizor,

odciąć kabel od internetu -

to by była największa zbrodnia

w cywilizowanym, nowoczesnym Świecie.


Jednak, przez te wyciągnięte ręce

też jest dotyk.

Zaciśnij palce

na swoim sercu,

zobacz uśmiech w szkle.

niedziela, 14 lutego 2021

"Kariera Nikosia Dyzmy", reż. Jacek Bromski, Polska 2002

Pamiętam, jak w 2002 roku ten film wchodził do kin. Pamiętam stojące przy drodze do Gdyni billboardy z plakatem filmu, przedstawiającym Cezarego Pazurę z cygarem. 

Jest to więc dla mnie wciąż film nowy, pomimo swojej pełnoletności. Tym bardziej, że się nie postarzał.

Oczywiście, nic nie prześcignie genialnego serialu w reż. Jana Łomnickiego z 1980 roku, z niezapomnianym Romanem Wilhelmim, zrealizowanym na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi - Mostowicza. Niemniej, omawiana tutaj wersja tej historii też jest dobra.

Autorzy filmu akcję historii o Nikodemie Dyzmie postanowili przenieść do początku XXI wieku. Do lat, gdy Polska już była nowoczesna, ale już pukała do UE, co zresztą widać w filmie. I też dlatego scenografia wydaje się współczesna.

Film jest świetny ze względu na kreacje aktorskie. Cezary Pazura trzyma swój komediowy poziom, choć jego rola - Nikosia Dyzmy, nie opiera się na charakterystycznej dla komedii mimice i ruchach. Nikoś jest tu wystraszony, strapiony, czasem śmiertelnie poważny (szczególnie, że wykonuje zawód grabarza). Oprócz tego plejada aktorów: Krzysztof Globisz, Krzysztof Pieczyński, Mikołaj Grabowski, Olgierd Lutkiewicz, a z Pań Ewa Kasprzyk, Danuta Rinn i niezapomniana Anna Przybylska.

Jakość filmu o dwie poprzeczki przynosi jednak rola Kilińskiego - producenta zagęszczaczy spożywczych, granego przez Andrzeja Grabowskiego. Bez genialnych, choć często wulgarnych bon-motów tej postaci, ten film nie byłby taki sam.

Następną rzeczą jest humor sytuacyjny, dobrze wyważony i rozłożony. Ot, jako przykład jedna z pierwszych scen. Po ochrzanieniu na rządowym bankiecie premiera Terkowskiego (Lew Rywin, niedługo przed aferą), Nikoś w oczach dygnitarzy staje się najpierw doktorem, potem doktorem ekonomii... i to wciągu kilkunastu sekund.

Polecam film, dla śmiechu :)

wtorek, 2 lutego 2021

Genesis, "Genesis Live", Virgin Records 1973, 1994

Gdy poczułem, że już za bardzo zdradzam Genesis z Marillion, sięgnąłem po, jak na razie, jedyny kompakt muzycznych gigantów* w mojej kolekcji. To pierwszy i klasyczny album koncertowy tego zespołu, "Genesis Live" z 1973 roku, w zremasterowanej wersji z 1994 roku. Dla porządku dodam, że miałem także niegdyś przyjemność słuchać tej płyty w oryginalnej wersji analogowej i z tego miejsca ślę podziękowania dla właściciela. Genesis gra tutaj w swoim złotym składzie, pozwolę sobie wymienić w kolejności alfabetycznej: Tony Banks (klawisze), Phil Collins (perkusja, wokal wspomagający), Peter Gabriel (wokal, flet), Steve Hackett (gitara), Mike Rutherford (gitara, gitara basowa). Na płycie możemy usłyszeć utwory z trzech albumów zespołu Genesis: "Knife" ("Trespass", 1970, gdzie zamiast Collinsa i  Hacketta grali jeszcze John Mayhew na perkusji i Anthony Philips na gitarach), "Nursery Cryme" (1972) i "Foxtrot" (1972). Są to kolejno: "Watcher of the Skies", "Get'em out by Friday", "The Return of the Giant Hogweed", "Musical Box", "The Knife".

Już sam ten przegląd mógłby powiedzieć nam, że mamy do czynienia z kwintesencją klasycznego, najbardziej progresywnego okresu Genesis. Dochodzi do tego jednak wspaniałe wykonanie. Nie jest ono oczywiście pozbawione mankamentów, pewnych opóźnień. Pamiętajmy przecież, że mamy do czynienia z nagraniem koncertowym. Ich obecność świadczy jednak o autentyczności nagrania, nie poprawianego (albo minimalnie poprawianego) w studio. Zresztą, czyż na tym nie polega zaleta albumów koncertowych? Na tym, że możemy zapoznać się z troszeczkę innymi wersjami znanych utworów, nie tymi wysterylizowanymi, a przez to czasem sztucznymi, w których czasem wręcz można usłyszeć montażowe cięcia. Tutaj zaś mamy pewien autentyzm, wyrażony choćby w słowach Petera Gabriela, który przed "Musical Box" chwali Mike'a Rutherforda za solówkę na basie.

No właśnie, "Musical Box". Utwór należący do czołówki Genesis w całej twórczości tego zespołu. Jego wykonanie na omawianej płycie może potwierdzać wszystkie powyższe słowa. Czuć tutaj jak nigdzie ekspresję i wysiłek śpiewającego Gabriela, delikatność Collinsa i skupienie Hacketta. Szczególnie w finale, które pozostaje na długo. Zaś "Knife" to szybkość, energia, prowadzona przez gitary Hacketta i Rutherforda, a przede wszystkim klawisze Banksa, bez którego nie byłoby brzmienia Genesis. No i delikatność fletu Gabriela.

Oczywiście inne utwory również pozwalają się ponieść. Zatem kończąc, serdecznie polecam album "Genesis Live". Choćby dla poznania klasycznego okresu zespołu Genesis i zachowania świeżości odbioru jego utworów.


*Określenie zaczerpnięte z genialnej książki Łukasza Hernika "Genesis. W krainie muzycznych gigantów", wyd. In Rock, 2007